poniedziałek, 12 września 2011

Choroba... niebieska

Fosiarze mają ciężki kawał roboty do wykonania, w pierwszej kolejności muszą być na bieżąco z aktualnymi wydarzeniami kulturalno-rozrywkowymi (darcie japy przez Behemota też pod to podchodzi;), później mniejsze lub większe problemy ze zdobyciem akredytacji i czasem masa dziwnych pytań w formularzu uzupełniającym podanie o akredytację (o wysyłaniu własnego zdjęcia nie wspomnę...), a w dniu koncertu pozostaje jeszcze znalezienie miejsca, w którym tą akredytację można odebrać (tak, tak, to też nie zawsze jest takie proste :P ). Późniejsze wejście na teren imprezy to już formalność, odpowiednio poinformowana ochrona tylko czasem zmaca plecak ze sprzętem i już jesteś w raju.. no, prawie w raju, teraz zaczyna się dopiero prawdziwa walka: o dostanie się do fosy, o dobre miejsce, w którym nie zasłania się widoku publiczności, o uchwycenie ciekawego momentu, itp, itd.
Często bywa również tak, że na strzelenie jak największej ilości ciekawych fot mamy tylko kilka minut, pisałem już o tym przy okazji Lord of the Dance, na którym 'okienko' do focenia miało dokładnie 8 (słownie: osiem) minut. Podczas sobotniej siemianowickiej Rock Nocy było podobnie, z tą różnicą, że na focenie gwiazdy wieczoru (Myslowitz) był czas do końca trzeciej piosenki...
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ zawsze podczas tego ograniczonego czasu oświetleniowcy rzucają na scenę tak fatalne światło, że artyści na tych zdjęciach wypadają beznadziejnie.
Spójrzcie, podczas występu poprzedzającego Myslowitz oświetlenie na scenie rozkładało się tak:


Dzięki temu wokalistę można było uchwycić tak:


czyli chyba całkiem nieźle (jak na mój gust :P ) No bo przecież to nie była gwiazda wieczoru.

no ale zespół z sąsiedniego miasta nie może mieć fajnych zdjęć, trzeba wszelkim pstrykaczom uprzykrzyć życie, więc podczas pierwszych trzech piosenek głównego występu wieczoru sytuacja przedstawiała się nastepująco:





Zapytacie, czy było inne światło... oczywiście, a jakże! jasne, białe, neutralne światełko też rzucono na scenę! Szkoda, że z d**y strony, czyli wprost... w obiektyw :)




Jest jeszcze lampa, ktoś powie... no jest, ale:
- używanie lampy zamocowanej na aparacie powoduje, że zdjęcie jest nudne/płaskie/bez wyrazu (niepotrzebne skreślić, w miarę chęci dodać inne określenia kiepskiej foty)
- zamocowanie lampy wyzwalanej np. radiem gdzieś na boku jest conajmniej niebezpieczne, a upilnowanie jej  graniczy zapewne z cudem...
- no i sami artyści pewnie niezbyt dobrze się czują, jeśli się im wali po oczach lampą (chociaż w sumie nie powinno mnie to obchodzić, co nie?:)
- generalnie używanie lampy podczas koncertów uważam za niezbyt profesjonalne podejście do sprawy. tak po prostu. Żeby nie być gołosłownym, tak wygląda fota, jeśli walnie się w artystę lampą (w tym przypadku przypadkowo złapałem błysk kogoś innego):




Ja rozumiem, że klimat, że nastrój i że prawa do wizerunku (bla, bla, bla), ale jeśli już kurna ograniczyłeś moją pracę do tych kilkanaście sekund, to daj szansę ją wykonać normalnie. Bo w przeciwnym wypadku wyglądasz, jakbyś za długo siedzał w kinie na smerfach, a nie od dziś wiadomo: z kim przestajesz, takim...