sobota, 19 października 2013

Niedzielne popołudnie bezkarnie sesyjne

Nigdy nie było moim zamiarem pisanie w tym miejscu o pracy. Blogowe przedsięwzięcie o tematyce fotograficznej z założenia miało traktować o fotografii, która jest moją pasją, a którą to staram sie rozwijać możliwie jak najczęściej w wolnych chwilach. Chcąc, nie chcąc ilość tych wolnych chwil jest ściśle związana z wykonywaną pracą i wyuczonym zawodem, jaki by on nie był. Nadal nie mam zamiaru pisać o pracy (chyba, że w jej trakcie mogę również realizować pasję fotografowania, jak np. podczas podróży służbowych czy w chwilach, gdy nikt nie patrzy;), ale istnieje niejako nierozerwalna zależność pomiędzy bieżącymi zadaniami w pracy i ich ilością, a intensywnością mojego fotografowania i pisaniem na blogu. Doba ma niestety tylko 24 godziny, a w przypadku chęci wypełnienia wszystkich obowiązków, które na siebie nakładam, to zdecydowanie za mało. Najczęściej obcinany jest niestety sen, co w dłuższej perspektywie czasu kończy się złapaniem jakiegoś choróbska, bo przemęczony organizm nie wyrabia na zakrętach codziennej gonitwy... Tak to już jest, że szkoła, a później praca wpływają na nasze działania w mniejszym lub większym stopniu poprzez zajmowanie czasu. A jest to całkiem spory fragment danego nam czasu, nie gniewajcie się zatem, gdy czasem wspomnę coś o pracy;)
Wykorzystując dobrą jeszcze pogodę i niedzielne popołudnia wracam nadal do mojej fotografii planowanej. Pomimo, że z planów na zdjęcia akurat w tym przypadku niewiele udało się zrealizować, to kolejna sesja została zaliczona, a doświadczenie zdobyte:)
Ponieważ poprzednia sesja Beaty stosunkowo dobrze została przyjęta przez grono jej znajomych, a siły portali społecznościowych nadal nie sposób przecenić, wieść o zdjęciach rozeszła się z prędkością impulsu elektrycznego w kablu ethernetowym i trzy dni później była już chętna osoba na niewątpliwe tortury wysłuchiwania moich uwag i próśb podczas kolejnych zdjęć:) Monika to sportsmenka z krwi, kości i przede wszystkim mięśni, wszelkie zdjęcia ma zrobione przy okazji biegania, skakania czy jazdy na rowerze, gdzie pot leje się z czoła, a pokręcone we wszystkie strony świata włosy upięte są starannie pod kaskiem (aby nie powodowały dodatkowego oporu powietrza:). Trzeba to zmienić!;)
Na pierwszy strzał poszedł budynek o zbyt skomplikowanej nazwie, żebym go zapamiętał. Wujek google mi podpowiedział, że to Centrum Informacji Naukowej i Bibliotek Akademicka, czyli po mojemu 'kwadratowy wielokrotnie nagradzany czerwony klocek'. Sobie Państwo wygooglują i zobaczą dlaczego właśnie tak;)
W niedzielę miejscówka spokojna, cicha i wydawałoby się, że pusta. No tak, oprócz tych paruset studentów studiów zaocznych, którzy akurat kończyli zajęcia i wypęłzli na parking...
Wybrałem tą miejscówkę jeszcze z jednego powodu. Od profesjonalisty zostałem obdarowany profesjonalnym sprzętem błyskającym:) Artur Nyk udostępnił mi plenerowy zestaw oświetlenia studyjnego. Ojej, takie cacko muszę sobie sprawić na własność, więc sponsorów zapraszam do przesyłania swoich ofert poprzez formularz na stronie mojego portfolio:) Oczywiście wypożyczenie sprzętu sumiennie odrobiłem wcześniej w polu... tfu, w plenerze! Przy okazji sesji Juke'a czy nowej Mazdy 6. Trzeba być jak papier toaletowy, ciągle się rozwijać;)
Lampa studyjna i nałożona na nią duża okta kompletnie zmienia pracę ze światłem, była to dla mnie nowość, ale pierwsze koty za płoty:




Zwróćcie uwagę na łagodny cień. Trudno to osiągnąć reporterskimi lampami, które posiadam:)



a tak wygląda to w momencie dostrajania parametrów:




Drugą miejscówką, którą mieliśmy zaliczyć był teren opuszczonej Huty Metali Nieżelaznych w Szopienicach. I tutaj mam nauczkę: przed pojechaniem w plener trzeba wybrane miejsce odwiedzić. Na zdjęciach w necie pozostałości po hucie wyglądały zupełnie inaczej, podczas gdy w rzeczywistości musieliśmy przedzierać się przez ogromne trawy, zarośla i błoto. W takich sytuacjach również sobie radzę, ale straciłem trochę czasu na obmyślanie zmiany koncepcji i wyszukiwanie odpowiedniego miejsca na zdjęcia. Nie używałem niestety również lampy, bo teren był niezbyt przyjazny tak dużym gabarytom okty. Zbierało się już na deszcz, ale zdążyliśmy ustrzelić kilka ciekawych kadrów:








To kto następny?:)




czwartek, 10 października 2013

Męskie granie

To już ponad miesiąc od finału Męskiego Grania w Żywcu. Na imprezę dostałem się trochę rzutem na taśmę, z resztą często ostatnio tak bywa, że trafiam gdzieś w sytuacji, kiedy już wydaje mi się, że niestety nie udało się zdobyć akredytacji. Wcześniej grali w kilku miastach całej Polski i byłi o wiele bliżej mnie. O koncercie w Chorzowie dowiedziałem się, gdy właśnie się zaczynał:) Tak bywa, jak się nie siedzi w temacie, tylko w pracy, to później trzeba się czasem obejść smakiem...
Najlepszą częścią wieczoru był dla mnie oczywiście występ Kalibra 44. Tak się składa, że nigdy nie miałem okazji być na koncercie tego zespołu i bardzo się ucieszyłem, gdy okazało się, że wystąpią w Żywcu. Nie tylko dla rzeszy fanów, ale również dla sporej części polskiej muzycznej sceny jego twórczość jest traktowana w kategorii legendarnej, a sam zespół podchodzi pod miano kultowego. Usłyszeć na żywo "Grubego czarnego kota" czy "Normalnie o tej porze" i zaśpiewać je z kilkutyięcznym tłumem to coś kompletnie niesamowitego, mam nadzieję załapać się na ich grudniowy koncert w MegaClub'ie! Jednocześnie bardzo żałuję, że w trakcie urodzin Katowic, na których wystąpili, byłam w trochę innym zakątku kraju. Naprawdę byłem pod wrażeniem występu, które dodatkowo zostało przecież spotęgowane zasłuchiwaniem się ich płytami tuż po liceum i niedawnym filmem o Magiku.
Duże wrażenie, również wizualne, wywarła na mnie Mela Koteluk. Przyznam szczerze, że nie wiedziałem nawet, jak ona wygląda, a tymczasem na scenę wyszła bardzo sympatyczna (przynajmniej z wyglądu) osoba, która swym miękkim delikatnym niczym trawa na wiosnę głosem oczarowała mój słuch bardziej, niż późniejszy występ Myslovitz czy Hey. No jakoś tak już mam, że stare wygi polskiej muzyki pop nie prezentują dla mnie muzyki, którą mógłbym się zachwycać. Stałem, jak wryty i słuchałem.
Nie będę zanudzał zdjęciami, nie chcę wrzucać ich za dużo, bo większa ilość jest na InSilesii i tam również odsyłam po relację stricte dziennikarską. Tutaj tylko najciekawsze moim zdaniem strzały z najciekawszym światłem:
















środa, 2 października 2013

TNM edycja 2013

Poprzednie posty zebrały tak wielką Waszą przychylność, że nie wiem czy wypada mi jeszcze powracać do koncertówek... wszak na tą chwilę tego typu zdjęć mam jednak trochę więcej.
No cóż, zaryzykujmy:)
Po uciekaniu przed komarami i ganianiu po polu przyszedł czas na festiwal Tauron Nowa Muzyka. Bardzo cieszyłem się na tą imprezę, bo fotograficznie jest ona bardzo ciekawa, bardzo chciałem być na niej obecny. Bardziej niż na słynnym Off Festiwal, który z paru względów nie podchodzi mi ideowo.
Muzycznie pierwszy dzień TNM był dla mnie... hmmm, bardzo mocny powiedzmy. Trudne do dłuższego słuchania dubstep'owe granie było sporym wyzwaniem dla moich uszu. Drugi dzień delikatniej głaskał je melodyjnymi kawałkami i zdecydowanie delikatniejszymi uderzeniami basów. Taki był z resztą zamysł organizatorów, aby oba główne dni znacząco różniły się od siebie charakterem dźwięków lecących z głośników. Całość, już regularnie, na duży plus i za rok chętnie wrócę z aparatem i drabinką:)
Mały zestaw z tego wydarzenia:













Tak, tak, nie przywidziało się Wam. Ten festiwal to nie tylko nowe rodzaje muzyki tworzone za pomocą komputera i kilku pokręteł w konsoli. Zespoły tworzące nieklasyczną muzykę za pomocą klasycznych instrumentów to dopiero niesamowity widok!

niedziela, 29 września 2013

Jestem w polu

Skoro wróciłem do pewnej kontroli nad zdjęciami, które robię, należało iść za ciosem. Pogoda w zeszłym tygodniu wybitnie dopisywała (jakby przez całe wakacje nie dopisywała:), a mi pozostał pewien niedosyt po 'bieganych' zdjęciach. Beata nadal miała kapelusz, chociaż miała go już oddać. Decyzja była szybka, pomysł mieliśmy jeszcze z poprzedniego dnia, bo przecież letnia sukienka powinna mieć odpowiednią oprawę letniej sielanki, prawda? Pozostała tylko kwestia miejscówki.. Chwila krążenia między Siemianowicami a Piekarami i znaleźliśmy odpowiednie miejsce.
Kapelusz był spoko, ale potrzebowałem jeszcze jednego rekwizytu. Dobrze, że w plecaku zawsze noszę scyzoryk:) Bukiet z żółtych nawłoci wpasował się idealnie:





Nikt nie miał zamiaru zabierać ich do domu, więc po skończeniu zdjęć modelka mogła się wyżyć na bukiecie :)


sobota, 28 września 2013

Fotografia planowana - powrót

Fotografia koncertowa jest fajna. Naprawdę podoba mi się praca w fosie, jest to jedna z tej szerokiej dziedziny fotografii reporterskiej (nie mylić z reportażową;), gdzie rzeczywiście poprzez naciśnięcie spustu migawki można chwycić ulotne chwile i zatrzymać je dla potomności. Fotograf ma na celu znalezienie najlepszego w danej sytuacji kadru, reszta odbywa się już niejako poza nim, więc czasem trzeba mieć trochę szczęścia, a czasem trochę cierpliwości. Tak, często należy trochę poczekać! A to na błysk z reflektora, a to na spojrzenie, a to na obrót gitarzysty... Cierpliwość popłaca, dobrze o tym wiem i to nie tylko w fotografii. Jednocześnie trzeba na bieżąco zerkać naokoło, aby nie przegapić ciekawej akcji na przykład po drugiej stronie sceny! To wszystko jest super, trafianie w najlepsze momenty koncertu i chwytanie ich daje mi wiele radości, satysfakcji i poniekąd dumy.
Jest to jednak fotografia stosunkowo mało zależna od samego fotografa, stojąc w fosie, która w klubach ma pół metra szerokości (lub nie ma jej wcale) mam bardzo mały, żeby nie powiedzieć znikomy wpływ na bardzo wiele rzeczy. Gitarzysta obróci się tyłem do światła, perkusista siedzi za daleko i zakrywają go talerze, basista skacze, jakby się oblał wrzątkiem, o braku światła na wokaliście nawet nie wspominając... Nie mogę w pełni decydować o końcowym wyglądzie zdjęcia. A bardzo bym chciał.
W takich warunkach pracuję fotograficznie już ponad trzy lata i ostatnio naprawdę zaczęło mi brakować troszeczkę większej kontroli nad tym, co pojawia się w wizjerze aparatu przed naciśnięciem magicznego guzika spustu migawki. Musiałem coś wykombinować, aby wypełnić tą lukę.
Wybór padł na wykorzystanie w zdjęciach ludzia. Ludzia można różnie ubrać, można go postawić w różnych miejscach, można mu nadać odpowiednią pozę, kazać podskoczyć itd. Wreszcie można mu kazać biegać. Tak się złożyło, że koleżanka ostatnio wszędzie chwali się, ile i z kim biega. A że na zdjęciach również chętnie się pojawia, wymyśliłem, że zrobimy foto w temacie 'night runners'.
Przy takiej współpracy mogę zaplanować fotografię i próbować tak poskładać jej elementy, aby uzyskany efekt był zadowalający. Dzięki temu ćwiczę również wykorzystywania świateł (naturalnych i/lub sztucznych), ustawienia aparatu czy nawet pozy modela.
Czasu było naprawdę mało, praca oraz zajęcia pozazawodowe skutecznie wypełniają czas od świtu do nocy. Na dodatek wybrana miejscówka była akurat niedostępna, więc szybko musiałem ją zmienić na jedną z bocznych alejek parku w Chorzowie. Słońce powoli chowało się za horyzontem i mrocz ogarniał powoli polankę, na której zaparkowaliśmy. W sumie pogodziłem się już, że będą to tylko testy (co akurat okazało się bardzo dobrym założeniem), a przy większej ilości czasu i po znalezieniu lepszej miejscówki poprawimy temat w późniejszym czasie.
No cóż... warunek był tylko jeden: w zamian Beata zażyczyła sobie kilka portretów w specjalnie załatwionym kapeluszu i letniej sukience.




Z portretami poszło całkiem szybko i przyjemnie. A nie, poczekajcie... czy mówiłem już, że było dosyć późno i szybko robiło się ciemno?
Skończyło się tym, że bieganie robiłem już 'na czuja' w kompletnej ciemności, nie wspominając już o wstrętnych komarach, więc realnie rzecz biorąc nie zrobiłem nic, co nadawałoby się do publicznego pokazania. Jednakże skoro powiedziałem już, że były to tylko testy, to w momencie prezentacji zdjęć 'właściwych' chciałbym się odnieść właśnie do tych testów. Wrzucam zatem foto testowe, sztuk: jeden:)


Night runners - testy w ciemnym zaułku:)

Koniec końców przypomniałem sobie, jak to jest robić zdjęcia, na które mam realny wpływ i muszę przyznać (głównie przed samym sobą), że jest to sprawa, której bardzo mi brakuje. Ograniczam zatem powoli koncerty i równoważę je sesjami. Ktoś chętny na portret? :)


poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Tour de Pologne

Trasa Tour de Pologne po raz kolejny w ciągu ostatnich lat przelatuje przez Siemianowice. Tutaj wygląda to identycznie co roku: na dwa tygodnie przed wyścigiem łatane są dziury w jezdni na ulicach, przez które pojadą kolaże. A dziury z roku na rok większe...
Swego czasu udało mi się dojechać na Bytków, strzelić fotkę pod wieżą telewizyjną, by później dojechać do centrum Katowic, by uchwycić peleton na rynku i jeszcze pod Spodkiem. Efekty tego możecie zobaczyć tutaj.
W tym roku niestety zdążyłem tylko na metę pod Spodkiem. Tam zawsze jest mnóstwo ludzi, każdy chce zobaczyć końcowe pociągnięcia łańcucha.

O typowych blogerach na pewno wiecie już co nieco. Jest jakiś dziwny zwyczaj w tym kraju, że stają się oni sławni tylko ze względu na sam fakt, iż prowadzą bloga. W związku z tym są obdarowywani różnymi prezentami i zapraszani w różne miejsca. A to zestaw upominków od popularnej marki piwa, a to zaproszenie na tydzień w nadmorskiej miejscowości, a to jakiś miły sprzęcik elektroniczny do przetestowania... nie mam nic przeciwko temu, dopóki fanty, które dostają, sami lubią. Albo dostają zaproszenie do Zakopanego i sami lubią to miasto. Ale jeśli nie lubię danej marki piwa, to dlaczego miałbym chwalić się upominkami od niego i zachwalać jego smak? Zalatuje mi tutaj lekką hipokryzją, zgadza się?
Tymczasem sam muszę starać się o upominki i promocję:)
Katowice na swoim oficjalnym profilu na facebook'u ogłosiły mały konkurs na zdjęcia z wizyty Tour de Pologne w mieście i trochę mnie to zmotywowało do pojechania pod Spodek. Widzów było mnóstwo, a o dobrych miejscach przy mecie mogłem już tylko pomarzyć, trzeba było iść dalej. Miejsce z widokiem na kopułę ronda okazało się idealne, widać kolaży, widzów, symbole Katowic (rondo i Superjednostkę) i nawet jest napisana nazwa miasta:)




Drugą miejścówkę znalazłem przy budynkach kompleksu Spodka, ale tutaj panoramowanie robi cały efekt:


Zdjęcia wysłałem, a już następnego dnia mogłem odebrać nagrody w Centrum Informacji Turystycznej na katowickim Rynku  :D


W ten oto sposób Pszczoła otrzymał pszczołę:)
Kto wie, może kiedyś ktoś sam się do mnie zgłosi z takimi upominkami? Wtedy z pewnością będę mógł bez wahania powiedzieć: jestę blogerę! ;)




niedziela, 4 sierpnia 2013

Strażackie polewanie

Każdy festiwal ma to do siebie, że wiele dzieje się nie tylko na scenie, ale również poza nią. W tym roku oczywistą atrakcją pozasceniczną był upał i sposoby radzenia sobie z nim :)







Gdyby nie aparat, sam chętnie postałbym dłuższą chwilę w tej fontannie z hydrantu:D

sobota, 3 sierpnia 2013

Perfect na FRR

W niedzielę było tak gorąco i duszno, że w całym parku przez dzień pojawiło się mniej osób, niż na wykładzie o wpływie faz Księżyca na wzrost liczny zielonookich papug na Gwinei. Przez znaczną część dnia pod sceną była tylko garstka osób, a występującym zespołom Słońce świeciło prosto w oczy, nic przyjemnego. Dopiero gdy dzień chylił się ku końcowi, a promienie Słońca zaczęły zatrzymywać się na wysokich drzewach wokół Stadionu Śląskiego, było czym oddychać. Perfect zaczął koncert dopiero o 22-ej, więc wielu ludzi przyszło dopiero na ich występ. W sumie dobrze, że było już ciemno, światła sceniczne mogły w końcu pokazać swoją magię:)