poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Ersfjord, czyli pierwsze spotkanie ze światłami północy

Powiem otwarcie: to nie był najlepszy czas, żeby jechać na "polowanie na zorzę". Można przeczytać wszelkie rady na forach podróżniczych, można pytać specjalistów polujących na aurorę, można sprawdzać długoterminowe prognozy pogody, ale zaklepując bilety lotnicze ponad miesiąc wcześniej, trzeba po prostu liczyć na szczęście. Nie ma również prognoz pojawienia się zorzy dłuższych niż 3-4 dni, bo po prostu nie jest możliwe przewidzenie aktywności Słońca w dłuższym horyzoncie czasu.
Jak już wiecie, pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa i po pierwszych dniach miałem poważne obawy, czy w ogóle będzie mi dane zobaczyć zorzę. Chmury przez cały dzień i noc pokrywały niebo nad Tromso. Wstawanie co kilka godzin w nocy i sprawdzanie prognozy pogody oraz sytuacji za oknem było dosyć męczące;) Po powrocie z wycieczki do Sommaroy standardowo zerknąłem na prognozę pogody, chmury miały powoli się rozchodzić w środku nocy. Pojechać dwieście kilometrów w jedną stronę to nie problem, ale trochę przykro wracać później bez niczego, więc celem na dziś był brzeg fiordu Ersfjord. To niewiele ponad dwadzieścia kilometrów od Tromso. Na angielskim TripAdvisor wyczytałem, że w miasteczku, które się tam znajduje wystarczy przejść przez teren podstawówki i za jej płotem jest skalista plaża, z której roztacza się widok na cały fiord. To miejsce jest również osłonięte nieco przed światłem latarni i okolicznych domów, co ma spore znaczenie przy gapieniu się w niebo.
Kolejne zerknięcie na prognozę pogody... nie jest zbyt ciekawie, chmury powinny się przetrzeć, ale dopiero po północy. No nic, koło godziny dwudziestej jedziemy chociaż sprawdzić miejscówkę, żeby później nie szukać na ślepo. Rzeczywiście wystarczyło przejść przez szkolny plan zabaw i wchodzimy na pełen głazów brzeg. Chmury przykrywają całe niebo, świateł miasteczka faktycznie nie widać zbyt wiele, ale żeby nie było za łatwo, przypałętał się jakiś statek, który zacumował na samym środku zatoki... Wracamy do domu i idziemy spać, trzeba nastawić budzik na pierwszą w nocy i znowu gapić się w niebo.
Budzik zadzwonił, drugi również, nawet drzemka była, ale zmęczenie było silniejsze:) Obudziłem się dopiero wpół do trzeciej. Przyzwyczajenie kazało mi wykonać dobrze już znaną serię czynności: okno - roleta - niebo - chmury? Są przejaśnienia, jedziemy! Zwlekliśmy się, ubraliśmy, zrobiliśmy herbatę do termosu i jazda.
Na miejscu byliśmy ponownie po trzeciej w nocy. Chmury znacznie przykrywały jeszcze niebo, a nasze oczy dłuższą chwilę musiały się przyzwyczajać do patrzenia w ciemność i ignorowania świateł cywilizacji. Spokojnie rozstawiłem statyw, przygotowałem aparat i w ciszy rozglądaliśmy się po niebie.
Chmury przesuwały się z wolna wzdłuż skał po obu stronach fiordu... minęła prawie godzina od naszego przyjazdu, gdy równolegle do linii gór od północy pojawił się obłok poruszający się inaczej niż wszystkie inne. Jeszcze wtedy nie miał odpowiedniej barwy, więc profilaktycznie nacisnąłem po raz kolejny spust migawki. W takich chwilach naprawdę można docenić technologie XXI wieku i chociaż sensor aparatu w większości przypadków odbiega precyzją widzenia od ludzkiego oka, to w tym przypadku okazał się od niego sprawniejszy. Podgląd ukazał prawdziwy kolor tego obłoku. Było pewne, że mamy do czynienia z zorzą, nie ma przecież zielonych chmur:) Cierpliwość została nagrodzona po kolejnych kilka minutach, gdy światła północy przetoczyły się przez całe niebo, aby w pewnym momencie przeciąć cały nieboskłon od dachu szkoły po jednej stronie do gór po przeciwnej. To było ten dzień (a raczej noc:), gdy jedno z moich marzeń się spełniło! Spójrzcie sami, niech zdjęcia przemówią:







Cały spektakt trwał nieco ponad pół godziny, po powrocie do domu szczęśliwy i usmiechnięty sprawdziłem standardowo prognozę pogody i aktywności Słońca. Od tego dnia miało być już tylko lepiej:D