sobota, 23 marca 2013

Ech...

W zasadzie nie wiem, od czego powinienem zacząć pisać kolejnego posta... od ostatniego wpisu minęło już trochę czasu, a czas ten był wypełniony wieloma pięknymi chwilami i tak wiele się działo przez ten okres czasu, że do dzisiaj nie wywołałem jeszcze nawet połowy zrobionych zdjęć, nie mówiąc już nawet o ich obróbce... Ten rok rozpoczął się bardzo intensywnie i mam nadzieję, że nie spuści z tonu co najmniej do lata:)
Skoro poprzednim wpisem (a raczej wrzutem, bo na tekst brakło czasu;) był koncert Lao Che, to chronologicznie rzecz biorąc powinienem teraz wspomnieć o koncercie Artura Andrusa w Siemianowickim Centrum Kultury. Uznajmy więc, że poprzednie zdanie jest już wystarczającą wzmianką o tym wydarzeniu na obecną chwilę ;)
Ja chciałbym jednak wrócić do jeszcze wcześniejszego wpisu dotyczącego pozytywnych wibracji. W zasadzie nad tym postem, z powodu braku czasu, nie pochyliłem się wystarczająco i miał bardziej formę wzmianki, niż jakiegokolwiek wpisu. Zupełnie niesłusznie. Bardzo chciałem iśc na ten koncert z paru powodów, a jeszcze tuż przed koncertem pojawiła się szansa, że uda się spotkać z Gutkiem. Niestety kumpel zapomniał o swojej obietnicy i nic z tego nie wyszło... Koncert pozostawił we mnie nadzwyczaj trwały ślad i do dzisiaj kilka pozytywnych wibracji, nut i słów skutecznie zagnieździło się w mojej głowie.
Miałem już wtedy zarezerwowane bilety do Norwegii, ale cały czas gdzieś z tyłu głowy coś mnie drapało, że może to nie jest dobry pomysł/czas/sposób, żeby spełniać swoje marzenia... i wtedy trafiło mnie te kilka słów zawartych w tej piosence:



I chociaż sam tekst opowiada w większej części o czymś kompletnie innym, to jednak puenta z mojej podróży na północ jest dokładnie taka sama: Ech, Boże... warto było... (!)

Wielu ludzi opowiada o swoich marzeniach, pielęgnuje je dniami, miesiącami, latami... Zwykło się życzyć 'spełnienia marzeń' z okazji świąt, urodzin, ślubów, rocznic, itp. I tak co roku słychać te same życzenia i każdy ma nadzieję, że w końcu się spełnią.
Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia - przeczytałem gdzieś jakiś czas temu.
Ja również miałem (i mam) kilka marzeń, które trzymałem w głowie, które co jakiś czas powracały i które starannie pielęgnowałem.
Jedno z nich spełniłem dokładnie 1 marca tego roku, ale dorastałem do jego realizacji już od dłuższego czasu.
1 marca tuż po godzinie 4 rano zobaczyłem ją... na początku była blada i niezbyt wyraźna, w tym stanie jej prawdziwe piękno widział tylko mój aparat. Dla naszych oczu była tylko chmurą o dziwnym kształcie, gdzieś nad górami otaczającymi fiord Ersfjord niedaleko Tromso. Jednak kształt i ruch tej chmury był inny od pozostałych na nocnym niebie. Zrobiłem zdjęcie, aparat w tym przypadku okazał się doskonalszy niż ludzkie oko, była tam. Po chwili rozświetliła górę po drugiej stronie fiordu, a po kolejnych kilku minutach ukazał nam się widok, o którym zawsze marzyłem...
Poznajcie światła północy, duchy przodków, Aurora Borealis, zorzę polarną:






Mam nadzieję, że najbliższy czas będzie dla mnie na tyle spokojny, że uda mi się przedstawić Wam zarys naszej wyprawy za koło podbiegunowe, na co już teraz serdecznie zapraszam:)