sobota, 13 kwietnia 2013

Rekvik

O tyle, o ile do Tromviku mieliśmy w planie dojechać, to o jego okolicy wiedzieliśmy niezbyt wiele. Nie przygotowałem się do wycieczki, przyznaję bez bicia. Jak już pisałem wcześniej, wybierając się na wyprawę/wycieczkę obieram cel podróży, ale sposób dotarcia do niego oraz miejsca odwiedzane w drodze powrotnej, to już kompletna spontaniczność.
Nie inaczej było w tym przypadku. Dojechaliśmy do Tromvik, obejrzeliśmy, co było do oglądania i nie byłbym sobą, gdybym po prostu wsiadł do auta i wrócił do Tromso. Niby Tromvik leży już na końcu świata, ale była tam jeszcze jedna droga prowadząca między góry, które wydać w tle tego zdjęcia.


Wjechałem na szutrową drogę prowadzącą pod górę i po dwóch minutach znaleźliśmy się w środku zimy:)

Tak, po lewej stronie widoczna jest droga prowadząca z Tromvik:)

Zaskoczeniem na przełęczy był mały parking, a na nim kilka aut

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie pojechał dalej i nie zjechał stromymi serpentynami z powrotem nad brzeg morza. Okazało się, że na końcu drogi jest malutka mieścina o nazwie Rekvik. Jakiś rozwalony pomost, około 20 domków, używanych raczej głównie w sezonie letnim...



... a z plaży przepiękny widok na górzystą wyspę:





A tak po prawdzie, to wpierw szukaliśmy tylko miejsca, gdzie możemy się odlać;)

piątek, 12 kwietnia 2013

Tromvik

Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy były dwie miejscowości oddalone o około 50 km od Tromso. Wyczytałem, że Tromvik jest bardzo malowniczą wioską rybacką położoną nad brzegiem Morza Norweskiego. Opinia ta zdecydowanie nie była na wyrost, ale zanim tam dojechaliśmy wiele razy zatrzymywaliśmy się, aby podziwiać widoki i przyrodę północy. Tak naprawdę jeszcze nigdy krajobraz zimowy nie zrobił na mnie tak wielkiego wrażenia. Błękit nieba rewelacyjnie współgra z granatowym morzem, a wszystko uzupełnione o nieskazitelną biel śniegu tworzy krajobraz, który cieszy me oczy niepomiernie. Chciałbym tam kiedyś wrócić i mieć więcej czasu na fotografowanie.








Tromvik ma w sumie około stu mieszkańców. We wsi znajduje się szkoła, a w porcie zacumowanych jest ponad pięćdziesiąt różnego rodzaju jednostek pływających, głównie kutrów, bo większość mieszkańców pracuje przy połowie ryb. Codziennie wypływają w morze i dostarczają świeże połowy do jedynego w mieścinie przemysłowego zakładu pracy - oczywiście przetwórstwa ryb:)



Kolejne zdjęcie z cyklu "Na krańcu świata" :)

Powrót do domu z połowu




Drugą z kolei mieściną był Rekvik, ale o nim za chwilę:)


środa, 10 kwietnia 2013

Wycieczka fakultatywna, czyli profesjonaliści w akcji

Tromso jest największym norweskim miastem za kołem podbiegunowym. Turystów przybywa do niego mnóstwo, nie ma znaczenia czy to lato, czy zima. Nie tylko miasto, ale również cały region mają wiele do zaoferowania pod kątem turystycznym. Mieszkańcy przestali już zwracać uwagę na wielkie rejsowce zacumowane przy nabrzeżu w centrum miasta w trakcie przerwy podczas wycieczki na przykład z Lofotów aż po wyspy Svalbard na Morzy Arktycznym.


Nie dziwi więc, że część ludności żyje wyłącznie z turystyki i korzysta z dobrodziejstw portfeli zagranicznych gości. Sama natura wiele w tym pomaga. W lecie główną atrakcją są białe noce, podczas których Słońce nie chowa się pod linią horyzontu. Aby obserwować to zjawisko, na nieszczęście dla miejscowych organizatorów turystycznych atrakcji, nie potrzeba tajemnej wiedzy ani zbyt wiele farta - wystarczy z miarę bezchmurne niebo. Inaczej sprawa ma się w zimie, gdy swój sezon polowania na turystów mają 'łowcy zorzy'. Wystarczy pójść do otoczonego wielkimi hotelami małego białego budynku, w którym mieści się informacja turystyczna, aby dostać po oczach niekończącymi się ofertami wycieczek w pogoni za zorzą. Na samej ścianie z ulotkami naliczyłem takich ofert kilkanaście, a przeglądając internet znalazłem inne, których właścicieli nie było stać na reklamę w oficjalnym centrum turystyki regionu Troms. 
Podjarany, jak Joanna d'Arc na stosie, ale nadal odczuwając delikatny niedosyt po pierwszym spotkaniu nie chciałem tracić już ani jednej nocy, żeby móc oglądać niesamowity taniec gwiezdnego pyłu nad głową. 
Należało zmaksymalizować szanse kolejnych kontaktów wzrokowych z zorzą. Kto inny, jak nie 'łowcy', mógł nam w tym pomóc?
Chociaż ceny dla zwykłego zjadacza chleba w kraju nad Wisłą są naprawdę zaporowe (nadal nie doszedłem do siebie po sprzedaniu nerki;), to zdecydowałem się poświęcić jeden wieczór i zdać się na doświadczenie zawodowców. Pogoda ośmielała do snucia nadziei na niezłe łowy, a wszelkie wskaźniki aktywności Słońca wyskoczyły w górę, jak z procy. Wizyta w biurze zapisów tylko potwierdziła te przypuszczenia, tylko w tym miejscu na wieczorne poszukiwania zorzy zapisało się ponad 90 (tak, dziewięćdziesiąt!) osób. Sympatyczna Słowenka z uśmiechem na twarzy powiedziała tylko: Chyba zamówimy trzeci autokar:) No pięknie, zapowiada się wycieczka na miarę polowania na promocję do supermarketu, a nie spokojne obcowanie z przyrodą z najczystszej z jej form...
To niesamowite, że wszystkie zorganizowane grupy wyruszają na 'polowanie' około godziny 19tej i przez całą podróż w miejsce docelowe (gdziekolwiek by ono nie było, ale o tym za chwilę) przewodnik co chwilę powtarza, że najlepsze godziny na oglądanie zorzy to przedział między 21 a 24, co jest oczywiście kompletną bzdurą. Ale wyobrażacie sobie grupę niemieckich emerytów wstających o północy po sutej kolacji popitej co najmniej dwoma wajcen, aby jechać dwie godziny autokarem, a następne dwie godziny stojących na srogim mrozie i podziwiających zorzę? No właśnie, ja też nie. Zorganizowane grupy wracają do miasta wtedy, gdy tak naprawdę zaczyna się najlepszy czas na obserwowanie zorzy polarnej, czyli trochę po północy.
Nie mieliśmy wyboru, zapakowaliśmy się do autokaru i po dwukrotnym przeliczeniu pasażerów przez opiekuna wyruszyliśmy. Tak naprawdę po 5 minutach jazdy pożałowałem, że się z nimi zabraliśmy, bo przejeżdżając przez most, aby wyjechać z miasta, już nad górami otaczającymi zatokę pojawiła się charakterystyczna zielona łuna. To był jeden z tych wieczorów, kiedy zorzę można było oglądać z prawie każdego miejsca wokół Tromso, gdziekolwiek byśmy nie pojechali. To, co się wydarzyło pół godziny później, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Wokół Tromso jest mnóstwo miejsc, które idealnie nadają się do obserwacji zorzy. Jeśli pogoda dopisuje i aktywność Słońca jest na odpowiednim poziomie, to zorzę widać z każdego z tych miejsc. Jest jednak jedno 'ale': niebo musi być bezchmurne. Gdy jednak w nocy niebo przykrywa taka kołdra, jak w dzień, to z obserwacji nici. Jeśli pojedziesz nad morze, a przejaśnienia będą akurat głębiej nad lądem, to nic nie zobaczysz. Tak samo możesz się wybrać w głąb lądu aż do granicy z Finlandią, ale jeśli akurat wiatr od morza rozwieje chmury na wybrzeżu, to przejechanie prawie pięciuset kilometrów będzie tylko czasem nauki jazdy po śniegu i lodzie w ciemności. I dlatego tak ważne są tutaj dokładne prognozy pogody i doświadczenie. Mając do dyspozycji tylko trzy pozostałe noce, nie mogłem ryzykować domyślania się kierunku przemieszczania chmur i jeżdżenia na ślepo po okolicy...
Odjechaliśmy już od Tromso na jakieś 30 kilometrów, na trasie był taki ruch, jak na rondzie Matecznym w Krakowie, sznur autokarów, busów, busików i osobówek jechał ciasno w jednym kierunku, w głąb lądu. Niektórzy ze współpasażerów już zdążyli zasnąć, a ja ciągle rozglądałem się przez okna autobusu. Droga wiodła nad fiordem, a po jego drugiej stronie nad górami rozjaśniała się zielona poświata. Robiła się coraz jaśniejsza i bardziej zielona. Gdy większość pasażerów przeszła na jedną stronę i poprzyklejała się do szyb, a kierowca jadącego za nami busa zaczął mrugać długimi (przypominam, że jechały w sumie trzy autokary:), to Francesco, nasz przewodnik, łamanym angielskim wydusił przez mikrofon: okej fołks, somfing krejzi is gołin on de rajt, soł łir gone stop for e moment. Na całe szczęście po chwili był niewielki parking przy drodze, cała ledwo ubrana wiara wyskoczyła z autobusu, ja od razu wbiłem się w zaspę i dźgnąłem statywem w śnieg. Oglądaliście kiedyś zorzę na National Geographic? Taki widok mieliśmy przed oczami. No, w sumie nie taki, ale postokroć lepszy, bo transmisja była na żywo, a ekran nie był ograniczony czterdziestoma calami płaskiego ekranu, tylko liniami horyzontu. Światła tańczyły i zmieniały swoje kształty niczym prowadzone batutą dźwięki orkiestry.



W pewnym momencie przez środek tego zielonego spektaktu przetoczyła się fioletowa fala, a całe zgromadzone towarzystwo (kilka autokarów, minibusów i zestaw osobówek) westchnął jednocześnie głośnym 'łaaaaaał'.



Jak widzicie chmury już nadciągały w naszą stronę... Całe przedstawienie po niecałych dziesięciu minutach zaczęło przygasać, więc Francesco zarządził odwrót, mając nadzieję, że to dopiero początek wieczoru pełnego takich widoków. Nie mniejsze nadzieje miałem też ja:)
Już na początku wycieczki zapowiedziano, że trochę pojeździmy i po pewnym czasie Francesco stwierdził na podstawie prognozy pogody i innych, tylko sobie znanych znaków na niebie, że jedziemy w stronę granicy z Finlandią. Chmury nadciągały od strony morza i po prostu musieliśmy przed nimi ucieć.
Po prawie półtora godzinnej podróży znaleźliśmy się na dużym parkingu w (prawie) kompletnej ciemności. Nie było to idealne miejsce do zdjęć, w głębi spora górka i wiele drzew naokoło.. ale to nic, ubraliśmy się i po dziesięciu minutach zgraja ludzi ze statywami obsiadła cały pagórek. Przyjechał drugi autokar i zrobiło się jeszcze ciaśniej:)
Było około godziny 21. i patrząc w niebo widziałem same chmury, wydawało się, że specjaliści przekombinowali z tak dużym oddaleniem się od morza i nic więcej nie zobaczymy tego wieczoru...
Rzeczywiście przez ponad pół godziny kompletnie nic się nie działo.
Ale, jak często wspominam, cierpliwość jest wynagradzana i po kolejnych kilku minutach... :)





Przy -12°C dłuższe stanie/siedzenie na śniegu szybko odbiłoby się srogim przeziębieniem, gdyby nie narciarskie spodnie i cebulowe ubranie z ilością warstw, której nie powstydziłby się średniozaawansowany photoshop'owiec:) Niech będzie wychwalony wynalazca termosu, w którym mieliśmy herbatę. Na serwowane przez organizatora ciastka i gorącą czekoladę oczywiście się nie załapałem, bo jak tylko ruszałam w stronę autokaru, to nad głową rozpoczynał się kolejny akt przedstawienia. Nie chciałem tracić ani sekundy z tego show.
W pewnym momencie nad głowami rozświetliła się bladozielona łuna i rozjaśniła cały pagórek, miałem wrażenie, że kosmiczne cząstki lecą prosto na nas:)






poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Ersfjord, czyli pierwsze spotkanie ze światłami północy

Powiem otwarcie: to nie był najlepszy czas, żeby jechać na "polowanie na zorzę". Można przeczytać wszelkie rady na forach podróżniczych, można pytać specjalistów polujących na aurorę, można sprawdzać długoterminowe prognozy pogody, ale zaklepując bilety lotnicze ponad miesiąc wcześniej, trzeba po prostu liczyć na szczęście. Nie ma również prognoz pojawienia się zorzy dłuższych niż 3-4 dni, bo po prostu nie jest możliwe przewidzenie aktywności Słońca w dłuższym horyzoncie czasu.
Jak już wiecie, pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa i po pierwszych dniach miałem poważne obawy, czy w ogóle będzie mi dane zobaczyć zorzę. Chmury przez cały dzień i noc pokrywały niebo nad Tromso. Wstawanie co kilka godzin w nocy i sprawdzanie prognozy pogody oraz sytuacji za oknem było dosyć męczące;) Po powrocie z wycieczki do Sommaroy standardowo zerknąłem na prognozę pogody, chmury miały powoli się rozchodzić w środku nocy. Pojechać dwieście kilometrów w jedną stronę to nie problem, ale trochę przykro wracać później bez niczego, więc celem na dziś był brzeg fiordu Ersfjord. To niewiele ponad dwadzieścia kilometrów od Tromso. Na angielskim TripAdvisor wyczytałem, że w miasteczku, które się tam znajduje wystarczy przejść przez teren podstawówki i za jej płotem jest skalista plaża, z której roztacza się widok na cały fiord. To miejsce jest również osłonięte nieco przed światłem latarni i okolicznych domów, co ma spore znaczenie przy gapieniu się w niebo.
Kolejne zerknięcie na prognozę pogody... nie jest zbyt ciekawie, chmury powinny się przetrzeć, ale dopiero po północy. No nic, koło godziny dwudziestej jedziemy chociaż sprawdzić miejscówkę, żeby później nie szukać na ślepo. Rzeczywiście wystarczyło przejść przez szkolny plan zabaw i wchodzimy na pełen głazów brzeg. Chmury przykrywają całe niebo, świateł miasteczka faktycznie nie widać zbyt wiele, ale żeby nie było za łatwo, przypałętał się jakiś statek, który zacumował na samym środku zatoki... Wracamy do domu i idziemy spać, trzeba nastawić budzik na pierwszą w nocy i znowu gapić się w niebo.
Budzik zadzwonił, drugi również, nawet drzemka była, ale zmęczenie było silniejsze:) Obudziłem się dopiero wpół do trzeciej. Przyzwyczajenie kazało mi wykonać dobrze już znaną serię czynności: okno - roleta - niebo - chmury? Są przejaśnienia, jedziemy! Zwlekliśmy się, ubraliśmy, zrobiliśmy herbatę do termosu i jazda.
Na miejscu byliśmy ponownie po trzeciej w nocy. Chmury znacznie przykrywały jeszcze niebo, a nasze oczy dłuższą chwilę musiały się przyzwyczajać do patrzenia w ciemność i ignorowania świateł cywilizacji. Spokojnie rozstawiłem statyw, przygotowałem aparat i w ciszy rozglądaliśmy się po niebie.
Chmury przesuwały się z wolna wzdłuż skał po obu stronach fiordu... minęła prawie godzina od naszego przyjazdu, gdy równolegle do linii gór od północy pojawił się obłok poruszający się inaczej niż wszystkie inne. Jeszcze wtedy nie miał odpowiedniej barwy, więc profilaktycznie nacisnąłem po raz kolejny spust migawki. W takich chwilach naprawdę można docenić technologie XXI wieku i chociaż sensor aparatu w większości przypadków odbiega precyzją widzenia od ludzkiego oka, to w tym przypadku okazał się od niego sprawniejszy. Podgląd ukazał prawdziwy kolor tego obłoku. Było pewne, że mamy do czynienia z zorzą, nie ma przecież zielonych chmur:) Cierpliwość została nagrodzona po kolejnych kilka minutach, gdy światła północy przetoczyły się przez całe niebo, aby w pewnym momencie przeciąć cały nieboskłon od dachu szkoły po jednej stronie do gór po przeciwnej. To było ten dzień (a raczej noc:), gdy jedno z moich marzeń się spełniło! Spójrzcie sami, niech zdjęcia przemówią:







Cały spektakt trwał nieco ponad pół godziny, po powrocie do domu szczęśliwy i usmiechnięty sprawdziłem standardowo prognozę pogody i aktywności Słońca. Od tego dnia miało być już tylko lepiej:D