sobota, 20 kwietnia 2013

Nowy projekt

Ponad miesiąc temu rozpoczął się nowy projekt w pracy - elektryka wzdłuż taśmociągów na Porcie Północnym w Gdańsku. Nie jestem i nie będę tam siedzał na stałe, ale już wiem, że jest to jedna z najciekawszych fotograficznie miejscówek, na których przyszło mi pracować :)
Jeszcze na początku, w marcu, pogoda dopisywała...




... ale już tydzień później powróciła zima i to samo miejsce wyglądało kompletnie inaczej...





piątek, 19 kwietnia 2013

O Tromso jeszcze słów kilka

Kilka osób pytało, gdzie mieszkaliśmy.
Tutaj:


Link do wszelkich informacji znajdziecie tu, Bertil odpowie na wszelkie pytania i, jeśli tylko ma wolne łóżka, to Was przenocuje:) Nie jest to Sheraton, ale też cena jest jak najbardziej przystępna (w porównaniu nawet do zwykłych hoteli wokół). Świetne było to, że udało nam się załapać na pokój z aneksem kuchennym, więc mieliśmy w pełni dyspozycyjny kąt do robienia jedzenia. Ogólnodostępna kuchnia dla innych pokoi znajduje się na parterze.
Jeśli wypożyczacie samochód, to liczcie się z przymusem płacenia za parkingi. W centrum miasta (a tam właśnie jest chata) wszystkie parkingi są płatne, a mandaty na naszą kieszeń słone (płaciłem, więc wiem:)

Cała wyspa, na której leży Tromso, to jedna wielka góra. Pod nią jest system tuneli i dróg, które pod górą krzyżują się rondami. Lepiej za wczasu rzucić okiem na plan dróg, bo nawigacja pod skałami niewiele pomoże:)

W Tromso jest skocznia, nawet trzy skocznie. Widać je z daleka, a gdy podjedziecie pod próg tej największej, zobaczycie taki oto most łączący wyspę ze stałym lądem:



Oprócz mostu na kontynent prowadzi jeszcze (a jakże!) tunel pod morzem :)

Po lewej za mostem widać Katedrę Polarną, której kształt przypomina górę lodową.




Wnętrze jest bardzo skromne, surowe i modernistyczne, a że czasu było ciągle mało, nie robiłem zdjęć:P Z resztą dosyć ciekawa bryła zewnętrzna, z bliska nieco rozczarowuje. Katedry u nas są zdecydowanie większe, a ta jest rozmiarów parafialnego w małej wiosce na Podbeskidziu;)

Pomimo, iż znajduje się na stałym lądzie, to chyba najbardziej charakterystyczny budynek miasta.



Natomiast całe centrum jest wypełnione zabytkowymi domami z drewna.



Drugim charakterystycznym budynkiem jest nowoczesna biblioteka.



A taki mieliśmy widok z okna:)



To będzie chyba koniec opowieście o wyprawie za koło podbiegunowe, pozostają niezapomniane wspomnienia zorzy i nieustające przekonanie, że jednak na klawiaturze umiem lepiej pisać, niż latarką w powietrzu:D




wtorek, 16 kwietnia 2013

Do trzech razy sztuka

Ostatni wieczór, ostatnia szansa na złapanie zorzy.
Wieczorem przyjechał właściciel domku, w którym mieszkalismy. Akurat wrócił z urlopu na Wyspach Kanaryjskich. On również działa jako przewodnik, ma swój camping pośród gór Lyngen Alps. Było już stosunkowo późno, bo koło godziny 19tej, a rozmowa była bardzo sympatyczna i od słowa do słowa wyjaśnił mi, gdzie szukać w tym dniu zorzy. Zna przecież okolicę, jak własną kieszeń, mieszka tam od urodzenia i pamięta czasy, gdy Tromso miało 12 tysięcy mieszkańców (dzisiaj to prawie 70tysięczne miasto). Pokazałem mu prognozę pogody i układ chmur, bo sam na te mapy gapiłem się przez cały tydzień, a on nawet nie zerknął na nie i od razu kazał mi pokazać prognozę wiatru. Patrząc na prognozowane kierunki i wskazując kilka miejsc powiedział: po dwudziestej jedźcie tutaj, poczekajcie godzinę, jeśli nie będzie zorzy, to szybko przejedźcie tutaj, tam jest ciemno i przy południowym wietrze tam będzie widać zorzę. Nie macie zbyt dużo czasu, bo musicie się jeszcze spakować i wyspać, więc te miejsca są dwa was w sam raz.
Samolot odlatywał następnego dnia przed siódmą rano, co oznaczało, że na lotnisku musieliśmy być tuż po piątej... ewentualny sen musiał być krótki i treściwy, a przecież musieliśmy się jeszcze spakować.
Pożegnaliśmy Bertila i szybko zabraliśmy się za pakowanie. Tuż przed 21 byliśmy już w drodze na drugą miejscówkę, postanowiłem nie tracić czasu na pierwszą lokalizację. Pomimo nieodzownych chmur, był to strzał w dziesiątkę. Odjechaliśmy od Tromso na niespełna 20km, a od razu pojawiła się zorza, jechaliśmy autem i wypatrywaliśmy jej przed szyby. Krótki postój na środku jezdni i nawet samolot się przypałętał:)



Droga cały czas prowadziła wzdłuż fiordu, aby następnie odbić wgłąb lądu i wspiąć się na okoliczne wzgórza.
Na wzgórzu ogromny odśnieżony parking, ciemność i jeden samochód na środku. Niemcy również przyjechali podziwiać światła północy. Stajemy, rozkładam sprzęt i grzecznie siedzimy w aucie. Chwila przerwy, jakby cały spektakt nieco ucichł. Jesteśmy około 40 km od Tromso, więc, w porównaniu z wycieczką z profesjonalistami, całkiem niedaleko. Siedzimy i gapimy się w niebo, czekamy. Coś zaczyna się dziać. I po jednej stronie niebo, i po drugiej, nie wiadomo, gdzie patrzeć. Wszystko rozmazane, falujące, a na parkingu robi się jasno.






Mija kolejna godzina, na zewnątrz -12 stopni, a każde zapalenie auta załącza postojówki. Nie rozumiem tych wynalazków, czy kierowca nie ma prawa po prostu siedzieć w samochodzie z uruchomionym silnikiem, żeby przy okazji nie zakłócać Niemcom w Passacie podziwiania widoków? Dziwni ci Japończycy... Trzeba coś zrobić, decyzja: jedziemy dalej. Wystarczy zjechać na drugą stronę wzgórza i znowu dojedziemy nad morze, a za kolejnym fiordem powinien rozciągać się widok Lyngen Alps.
Dojechaliśmy do malutkiem miejscowości Oldervik. Sprawdźcie na mapie, koniec świata (kolejny z resztą w trakcie tej wyprawy:) Odjeżdżamy od świateł cywilizacji i wszystko zaczyna się zmieniać, jak w kalejdoskopie. To był dobry wybór, aby tam pojechać. Ostatni wieczór, ostatnie chwile, jest już po 23ej, więc więcej zajmuję się podziwianiem widoków, niż męczeniem spustu migawki. Niebo faluje we wszystkich kierunkach i wtedy pojawia się chyba najlepszy widok całego tygodnia:




W drodze powrotnej zajeżdżamy ponownie na parking, Niemców już nie ma, jest po północy. Ostatnie momenty wykorzystuję na jedyne w swoim rodzaju 'wspólne' zdjęcia, niezapomniana pamiątka do końca życia. Warto było dawno temu kupić radiowe wyzwalanie lampy błyskowej! :D



Cykl aktywności Słońca trwa 11 lat, teraz było jego apogeum. I teraz powstaje pytanie, czy jechać ponownie pod koniec roku, czy może lepiej poczekać te 11 lat? ;)